piątek, 21 marca 2014

książka kontra jej ekranizacja #1

Na pierwszy ogień pójdzie książka "Miasto Kości", Cassandry Clare. Każdy zapewne ją zna, a jeśli nie książkę to film, bo wszędzie można było zobaczyć plakaty promujące go: a to w pizzerii, a to w internecie, a to w kinie czy telewizji. Książkę czytałam jakieś trzy lata temu, odświeżyłam w sierpniu, bo wychodził film, a chciałam, siedząc i oglądając ekranizację, mieć porównanie między nim, a książką.
No i zawiodłam się. Naprawdę. Brakowało mi kilku scen, jak na przykład zamiany Simona w szczura, i jego losów z wampirami czy chociażby nieudanego gotowania Isabelle, oraz lotu na motorze blondyna z rudą. Zastąpili to marnym, kilkusekundowym wyjazdem z ulicy, a motor był mizerny, jak dla mnie.
Kolejna sprawa: czemu wszystkie aktorki czy wszyscy aktorzy muszą być tak cholernie piękne/przystojni? Clary Fray, ta książkowa, to taka szara (choć może tutaj pasowałoby raczej określenie ruda) myszka, nie potrafiąca się normalnie ubrać, no i nie jest za ładna. A tu w filmie: BAM: Fray to seksowny rudzielec, z wielkim pojęciem o modzie i twarzą bogini. Gryzło mnie to; to Isabelle powinna być super laską, tak jak w książce, a wyszło wręcz odwrotnie. SZKODA. Co do reszty aktorów: moimi faworytami zdecydowanie w tej kwestii są  Kevin Zegers i Gao Godfrey. Gao idealnie zagrał tajemniczego czarodzieja Magnusa Bane, na którego widok dosłownie piszczałam, bo wydał mi się być w tej roli idealnym. Alec był świetnym Łowcą nienawidzącym Fray, a te jego oczy... normalnie magia!; uwielbiam ten moment przed imprezą u Magnusa, kiedy wyraża się o Clary jak o dziewczynie, której numer wisi na ścianie w kiblu i przechodzi obok nich wszystkich obojętnie i jak widać, ma na nią wyje*ane. (brawo Alec !) 
Lenę Headey na długo przed ekranizacją już widziałam w roli matki Clary, Hodge nie zaskoczył mnie (miałam o nim wyobrażenie a'la smakosz z "Ratatuj", a tu był jak czyjś dziadek), Simon mógłby być bardziej ciapowaty, a sam Valentine... na pewno z lepszą fryzurą (if you know, what mean). Podobał mi się też ekranowy Luke.
Koniec książki też wyglądał inaczej w filmie, mogli darować sobie te płatki śniegu wirujące w powietrzu i sprzyjające atmosferze relacji Clary-Jocelyn. 
Film oglądałam chyba z pięciokrotnym podejściem, i nie mogłam go za jednym zamachem nigdy dokończyć. 
W każdej książce/filmie/serialu (bo je też będę porównywać) zawsze chyba będzie tak, że przystojniak metr dziewięćdziesiąt będzie ratował bezbronne dziewczę z opresji i kłopotów, których przyczyną była ona sama. Nie wiem, czemu tak jest, przecież czasy średniowiecza i rycerzów uznających w pierwszej kolejności ratowanie kobiet i dzieci mamy dawno za sobą - XXI wiek, a my, kobiety, ciągle przedstawiane jesteśmy jako słabe istoty. Brakuje mi sytuacji, kiedy to płeć piękna  ratuje piszczących mężczyzn z okien palących się budynków - mam nadzieję, że doczekam się w końcu czegoś takiego.  
Podobno szykują się za filmową wersję sagi Diabelskich Maszyn, powiązanej z "Miastem..", i mam nadzieję, że tego przynajmniej nie spaprają. Film można spokojnie obejrzeć bez uprzedniego czytania książki. 
Nie spodobał mi się; zawsze słyszę, że książka jest lepsza od ekranizacji - i tu się to sprawdza. 
ah ten Alec :D
(zdj. z weheartit.com)
Oczywiście to tylko moje opinie i zdania, każdy ma prawo do swoich, jednak ja napisałam swoje odczucia co do filmu, który, niestety, dla mnie nie był niczym specjalnym.


No dobrze, zaczynam raz jeszcze, może tym razem będę mieć więcej zapału i szybko nie stracę chęci do pisania tutaj o czym będę chciała.
Jak to mówią, nowe życie, nowy start. W moim przypadku to tylko nowy start.